Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sam na sam ze wspomnianą już wewnętrzną osóbką, śpiewem pozdrawiającą słońce; wiedziałem, że mi da więcej szczęścia niż Albertyna. Z istot, które składają naszą osobowość, niekoniecznie te najjawniejsze są dla nas najważniejsze. I, kiedy choroba powali je wreszcie kolejno, pozostanie ich we mnie jeszcze parę, o życiu twardszem od innych; zwłaszcza pewien filozof, szczęśliwy jedynie wtedy, kiedy odkryje jakąś wspólność między dwoma dziełami, lub dwoma wrażeniami. Ale czasem zastanawiałem się, czy ostatnim ze wszystkich nie będzie mały człowieczek, bardzo podobny do tego, którego pamiętałem za szybą u optyka w Combray. Człowieczek ten oznajmiał pogodę i, zdejmując kaptur gdy świeciło słońce, nakładał go w deszcz. Znam egoizm tego człowieczka; mogę mieć astmę, którą uspokoiłby jedynie rzęsisty deszcz, ale on nie troszczy się o to; za pierwszemi tak niecierpliwie przezemnie oczekiwanemi kroplami, traci humor, naciąga markotnie kaptur. Przypuszczam w zamian, że w chwili agonji, kiedy wszystkie inne moje ja będą martwe, jeżeli błyśnie promień słońca, gdy będę wydawał ostatnie tchnienie, osóbka z barometru będzie się czuła bardzo rada i zdejmie kaptur śpiewając: „Och! nareszcie pogoda“.
Dzwoniłem na Franciszkę i sięgałem po Figaro. Szukałem bezskutecznie artykułu (o ile można to tak nazwać), który posłałem do tego dziennika;