Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nym razem rozbierałem się, kładłem, Albertyna siadała na łóżku, i podejmowaliśmy partyjkę lub rozmowę przerywaną pocałunkami. Jedynie pożądanie każe się nam interesować życiem i charakterem danej osoby; w pożądaniu zaś pozostajemy wierni własnej naturze, mimo iż porzucając przytem kolejno rozmaite kochane przez nas osoby. Tak więc, kiedy raz, w chwili gdym całował Albertynę, nazywając ją swoją dziewczynką, spostrzegłem w lustrze smutny i namiętny wyraz własnej twarzy, podobnej do tej jaką byłaby niegdyś przy Gilbercie o której już nie pamiętałem, podobnej do twarzy jaką miałbym może kiedyś przy innej kobiecie, gdybym miał kiedy zapomnieć Albertynę, uczułem, że ponad kwestją osoby (instynkt chce, abyśmy uważali „tę obecną“ za jedynie prawdziwą), dopełniam w tej chwili rytuału żarliwej i bolesnej dewocji, kultu młodości i piękności Kobiety. A mimo to, z tem pragnieniem, składającem swoje „ex voto“ młodości, a także ze wspomnieniami Balbec, mieszało się, w tej mojej potrzebie trzymania tak co wieczór Albertyny przy sobie, coś, co — o ile nie było całkowicie nowe w mojem życiu — było dotychczas obce bodaj mojemu życiu miłosnemu.
Była to moc ukojenia, taka jakiej nie doznałem od odległych wieczorów w Combray, kiedy, pochylona nad mojem łóżkiem, matka przynosiła mi spokój w pocałunku. Z pewnością, dziwiłbym się bardzo w owym czasie, gdyby mi powiedziano, że nie