Strona:Mali mężczyźni.djvu/291

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pełniły się jamy ich, i różne kryjówki między gałęźmi, skąd łatwo je było wybiérać. Zwinne ich ruchy bawiły chłopców, aż do pewnego dnia, kiedy im Silas powiedział:
„Czyście odprzedali orzechy wiewiórkom?“
„Nie,“ odrzekł Robcio, zaciekawiony, co on przez to rozumié.
„W takim razie uwińcie się z nimi żywo, bo te skrzętne licha wszystkie wam zabiorą.“
„Poradzimy sobie. Takie jest mnóstwo orzechów, że i dla nas dużo zostanie.“
„Już ich niéma wiele, bo ogołociły prawie całe drzewo. Zobaczże sam.“
Robcio pobiegł i przestraszył się, widząc tylko szczątki. Zawołał więc Teodorka i dzielnie pracowali całe popołudnie, a wiewiórki tymczasem siedząc na płocie, pomrukiwały gniewnie.
„Teraz, Teodorku, musimy być pilni, i podnosić każdy orzeszek co spadnie, bo inaczéj mało ich zbierzemy, i wszyscy nas wyśmieją.“
„Nie zostawimy nic tym staladnym wiewióltom; będę je zbiélal i zanosil plędto na poddase,“ rzekł Teodorek, marszcząc się na zwierzątko, które właśnie czyściło sobie ogonek w pobliżu.
W nocy silny wiatr strącił setki orzechów z drzewa; pani Ludwika budząc rano synków, rzekła zatém wesoło:
„Spieszcie się, chłopcy; wiewiórki uwijają się żwawo, i musicie się dziś dobrze krzątać, żeby wam nie zabrały wszystkiego.“
„Nie zabiorą,“ odpowiedział Robcio; ubrał się z największym pośpiechem, i przełknąwszy śniadanie, pobiegł ocalić swę własność.