Strona:Mali mężczyźni.djvu/270

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


to, że się szamotali z sobą, „książę“ bardziéj był doń przywiązany, niż do prawdziwego pana swego.
„Ja także poskramiam źrebca, i mam nadzieję, że mi się równie dobrze powiedzie, jeżeli będę tak cierpliwą i wytrwałą, jak ty,“ rzekła pani Ludwika, uśmiechając się tak znacząco, że Dan zrozumiał ją, i odpowiedział także ze śmiechem, ale i z powagą:
„Już nie będziemy przeskakiwać płotów, ani uciekać, i pozwolimy z siebie zrobić pożyteczne istoty; prawda, mój książę?“





Rozdział siedmnasty.
Wypracowania.

„Prędko, chłopcy! już trzecia: a wiécie, że wuj Fritz lubi ściśle trzymać się godziny,“ rzekł Franz w pewne wtorkowe południe, gdy na odgłos dzwonka, rój chłopców zaczął dążyć do muzeum z książkami i papiérami, jakby grono uczonych.
Tomek siedział w klasie pochylony nad biórkiem, mocno zawalany atramentem i rozgrzany ogniem natchnienia; spieszący się, jak zwykle, bo nielubiąc sobie zadawać trudu, nigdy nie był gotowym na czas. Gdy Franz przechodził koło drzwi, zaglądając, czy nie ma gdzie maroderów, Tomek właśnie zrobił ostatni kleks i zakręt u podpisu, poczém wyszedł oknem, żeby wysuszyć papiér. Następnie podążyła Andzia z bardzo poważną minką, trzymając wielki arkusz w rączce; potém Adaś i Stokrotka udali się tam razem, widocznie przejęci jakąś miłą tajemnicą.
Muzeum było uporządkowane, i promienie słońca igrające pośród chmielu, zaglądając przez wielkie