Strona:Ludwik Gallet - Kapitan Czart. Przygody Cyrana de Bergerac.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


To objaśnienie odczytasz z największą uwagą, gdyż według niego będziesz mógł wypełnić punkt po punkcie, moje zobowiązanie. Widzisz stąd poczciwy Jakóbie, że dopóki Bóg trzymać mnie zechce na tym padole płaczu, twoja rola smoka nie będzie zbyt ciężką.
— To prawda.
— Ale zato — uśmiechnął się szlachcic, któremu powracał zwykły dobry humor — spadnie na ciebie kłopotów coniemiara, jeżeli jaki człowiek niegrzeczny powali mnie o ziemię z sześcioma calami żelaza w piersiach.
— Och! ja myślę, że ten człowiek jeszcze się nie narodził! — wtrącił proboszcz tonem dodającm odwagi.
— Kto wie! Na wszystko trzeba być przygotowanym,
Przy tych słowach wypróżnił kielich do dna, z miną człowieka zadowolnionego z siebie.
— Jeszcze słówko — wtrącił nieśmiało Jakób, W przedsięwzięciu tak poważnem nie można być zanadto ostrożnym. Gdyby kiedykolwiek zjawił się kto, żądając w imieniu twem zwrotu depozytu, jak mam postąpić?
— Choćby to był król, choćby to był papież— słyszysz, Jacku? król lub papież — odprawisz go z kwitkiem!
— A jeśli zechce użyć siły?
— Zabijesz go,
I wymownem spojrzeniem wskazał olbrzymi miecz, zawieszony na ścianie.
Ani to słowo, ani to spojrzenie nie zdziwiły księdza, Były to czasy, w których brewjarz i szabla doskonale godziły się z sobą.
Jakób poprzestał na ponownem uściśnieniu ręki swego mlecznego brata, Co się tyczy szlachcica,