Przejdź do zawartości

Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
ROZDZIAŁ VI.
W parku.

 — Co zamierzacie robić dzisiaj, dziewczęta? — zapytała Filipa pewnego popołudnia niedzielnego, wpadając do pokoju Ani.
 — Idziemy na spacer do parku, — odpowiedziała Ania. — Właściwie powinnabym zostać w domu i wykończyć sobie bluzkę. Ale w taki dzień jak dzisiejszy nie potrafiłabym szyć. Atmosfera dzisiejsza wnika do mojej krwi i stwarza w mej duszy jakiś uroczysty nastrój. Palce drżałyby mi i napewno robiłabym krzywe ściegi. Idziemy więc do parku.
 — Czy to „my“ odnosi się do kogoś jeszcze prócz ciebie i Priscilli?
 — Tak, do Gilberta i Karola, a bardzoby nas cieszyło, gdyby odnosiło się i do ciebie.
 — Ale, — rzekła Filipa z ubolewaniem, — gdybym poszła, musiałabym przez cały czas milczeć, a będzie to zupełnie nowem doświadczeniem dla Filipy Gordon.
 — Nowe doświadczenia rozszerzają nasze horyzonty. Zabierz się z nami, a nauczysz się współczucia dla tych wszystkich biednych duszyczek, które często zmuszone są do milczenia. Ale gdzież twoje wszystkie ofiary?

 — O, zmęczyły mię już, nie mogłam już dziś poprostu znieść, aby mię nadal nudziły. A przytem byłam troszkę nie w humorze. Napisałam w ubiegłym tygodniu do Ole-