Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/284

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


że się z tego cieszę! Teraz nie będzie się już mógł przechwalać, że jest wyższy! Ale co to chciałem powiedzieć! Aniu, czy wiesz, że Gilbert Blythe umiera?
Ania stała spokojnie i nieruchomo, spoglądając na Tadzia. Twarz jej pobladła tak, że Maryla pomyślała, iż Ania zemdleje.
— Tadziu nie gadaj głupstw! — rzekła pani Małgorzata gniewnie. — Aniu, nie przejmuj się tak — nie przejmuj się tak! Nie mieliśmy zamiaru powiedzieć ci tego tak nagle.
— Czy... to... prawda? — zapytała Ania nieswoim głosem.
— Gilbert jest bardzo chory, — rzekła pani Linde poważnie. — Zaraz po twoim wyjeździe do Chatki Ech zachorował na tyfus. Czy nic o tem nie słyszałaś?
— Nie, — odpowiedział ów obcy głos.
— Stan był odrazu groźny. Lekarz powiedział, że Gilbert był szalenie wyczerpany. Mają doświadczoną pielęgniarkę i robią wszystko, co można. Nie przejmuj się tak, Aniu. Gdzie jest jeszcze życie — jest i nadzieja.
— Pan Harrison był tu dzisiaj i powiedział, że niema już nadziei, — wtrącił znowu Tadzio.
Maryla, która wyglądała przygnębiona i postarzała, wstała i gniewnie wyprowadziła Tadzia z kuchni.
— O, nie przejmujże się tak, moja kochana, — rzekła pani Małgorzata, obejmując bladą dziewczynę ramionami. — Ja nie tracę nadziei, rzeczywiście nie tracę. Ma on bardzo silny organizm.
Ania łagodnie odsunęła ramiona pani Linde, przeszła nieprzytomnie przez kuchnię i przedsionek i weszła po schodach do swego pokoju. Przy oknie uklękła i utkwiła wzrok wdal, nie widząc nic. Było bardzo ciemno. Deszcz padał ulewnie.