Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ania opowiedziała teraz szczegółowo swoim przyjaciółkom historję Jana i Janiny.
— Musisz nam jeszcze opowiedzieć o tej romantycznej scenie, o której tak niejasno napomykałaś w swoich listach, — rzekła Fila.
Ania z najdrobniejszemi szczegółami powtórzyła im oświadczyny Sama. Dziewczęta zanosiły się ze śmiechu, nawet ciotka Jakóbina uśmiechała się.
— Nie należy się właściwie wyśmiewać ze swych adoratorów, — rzekła surowo, — ale, — dodała szczerze, — ja sama zawsze to czyniłam.
— Opowiedz nam o swoich adoratorach, cioteczko! — zawołała Fila. — Musiałaś ich mieć szalenie dużo.
— Nie należą oni do przeszłości, — odpowiedziała ciotka Jakóbina. — Mam ich jeszcze teraz. Trzej starzy wdowcy przez pewien czas rzucali na mnie baranie spojrzenia. Nie myślcie, dzieci, że do was należy cały romantyzm świata.
— Wdowcy i baranie spojrzenia — to nie brzmi zbyt romantycznie, cioteczko!
— No, nie, ale wy młodzi też niezawsze jesteście romantyczni. Kilku z moich adoratorów rzeczywiście nie odznaczało się tem. Skandalicznie tych biedaków wyśmiewałam. Był więc Jim Elwood, który stale znajdował się w pewnego rodzaju śnie na jawie, nie zdając sobie nigdy sprawy z tego, co się wokół niego działo. Gdy powiedziałam „nie“, zrozumiał to dopiero w rok później. Kiedy się ożenił, żona jego, powracając z kościoła, wypadła pewnego dnia z sań, a on nie zauważył jej braku. Drugim był Dan Winston. On wiedział za wiele. Znał wszystko na tym świecie i prawie wszystko na tamtym. Na każde pytanie potrafił dać odpowiedź, nawet gdyby go zapytano, kiedy nastąpi dzień Sądu Ostatecznego. Milton Edwards był