Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wstęp


Ode skib, które kąkol pokrył,
od leniwie dzwoniących żyt,
ku dąbrowy głębinom mokrym
zalękniony przekrada się świt.

Miękką łapą przeciąga po gęstwie,
dołem trawa szeleści zwilgła.
W liściach nagle tysiące westchnień,
i już gil, i kukułka, i wilga,

wychylając się z gniazd szczebiocą
o alarmach przeżytych we śnie.
Oto dzień mocuje się z nocą,
i różowo jest, i jest wcześnie.

Oczy, pełne porannych zdumień,
dzika jabłoń przeciera listkiem.
Spojrzał na nią znienacka strumień
źrenicami płynących iskier,

i zakochał się w niej, i objął
szuwarami wpół ukochaną,