Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pochylcie głowy!
Półmrok wygina się
w półkrąg szeroki.
Przed wami na katafalku
kobiece zwłoki.

Blask je dokoła jak wyspę opłynął,
deszcz rozdzwania je muzyką kropel.
Nad wezgłowiem majaczy we mgle
kamienny profil.

Uwieńczone łopotem bander,
czoło o wiatr zastygły wsparła.
Owinięto ją w płaszcz, i w wichurę, i w szkarłat,
w sztandar!

Bo w zamieci i w płaszczu, i w czerwieni, i w gniewie,
na barykady parła z karabinem w garści!
Za nią bruk nie tętnił, huragan nie wiał,
tylko ludzie szli od żelaza twardsi.

Armaty końmi ciągnięte ciężko,
najeżone śmiercią, w otchłannych płucach
przelewały krew, gdy, jak Moru cielsko,
gnała w dymie, ulicą, we krwi — Rewolucja!

W ustach nieulękłych, twardych, groźnych
taka zaparła się walki żądza,
wola, i sił taki zwał, taki rozmach,
taka zawziętość, i taka mądrość;

z oczu, co szły niby stal szeleszcząc,
taki głód zaskowyczał upiorem,
że glob się zatrząsł w podziemnych dreszczach,
i chrapnął grzmot, i wystrzelił piorun.