Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Pieśń o powodzi


Po szerokiej Ameryce tętnią i dudnią
rozchlapane popławy jezior, bagien i rzek.
Akordami C-moll grzmi rozlewne preludium,
burzą wyje śpiew piany, bije bulgot i brzęk.

Idą fal zbuntowanych zwycięskie pochody,
szmaragdowym sztandarem zamiatają piach z dna!
Wyrzucone w grzmot salw, luną w lej płaty wody,
ostry wiatr dymy piany, jako salw dymy, gna!

Czarny bunt białe fale przed gniew swój zapozwał;
czarny łowca rzemienie ściągnął w żył sinych kłąb
i ze smyczy, jak psy, spuścił wściekły wodozwał,
na sto pięter obłędnych, tysiąc tęcz, milion trąb!

Przez przepaście gna w cwał stado panter i Niagar,
kiedy skok — złomy arkad, kiedy rozpęd — to pion.
Drżące Andy za czub chwyta srebrny huragan,
że pękają, kamienne, jak topiący się dzwon.

Z fundamentem rwie dom i kołysze nam otchłań,
płyną miasta żelazne, z hukiem walą się w wir,
ludzi lęk wabi w loch, chłonie toń wrącym kotłem,
młyny ramion drą kołbań, sine zęby żrą żwir.

Któraś pierwsza o dno wiotkie ciało otarła
i rzuciła się naprzód wichrem szumów i bryzg,