Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Garnek


W półgorączkowym stanie, w bezsennym szaleństwie
pijane uderzenia rozsadzają czaszkę,
rozpalony mózg wzbiera, nierozumem pieni się
i głodny, wbija w miazgi war — godzin dwanaście.

Zimna tarcza zegara dzieli go na płaty
i wirując zahacza o kości czołowe,
rozcina oczodoły i krwawe ochłapy
rzuca na cień płynący, wschody fioletowe.

O, wtedy chłodną nogi, lodowate ręce
rozkładają nad głową wieczorową bladość.
A gdy wolniej puls bije, to wścieklej, goręcej
płynie mózg, by fioletem w konchy uszne zadąć.

Chwile gonią i dzwonią monotonnym deszczem,
wlewaj ą się w arterie, rozszerzają płuca,
pod kolanami wilki wiją się i łechczą,
wielka czkawka wszechświata siennikiem podrzuca.

Lasy, liście i liany, palmy i paprocie,
to szept. To nieskończoność las dziewiczy zwęgla,
czarne odciski łażą po drewnianym złocie,
srebrne daktylotypie spod lekkiego pędzla.

Z łożyska do łożyska płyną oceany,
moreny zatapiają swe grzebienie czarne,