Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tłumem przeciągniemy przez ogrody, i śpiewem, i chórem, i mową —
opowiemy o młodym pokoleniu powieść wichrową...“

Bogdan urwał i stał nieruchomy
z leciuteńkim uśmiechem na wargach,
niby posąg nieczuły na gromy.
Tylko wiatr koszulę mu targał,

tylko czapka, od kurzu pożółkła,
drżała w ręku, wstrząsana pulsem.
Właśnie słońce wychynęło z zaułka
rozpylając świetlistą emulsję,

i we włosach, jak złoty grzebyk,
przeszło pękiem promieni szczodrych.
Po stłoczonej gromadzie przebiegł
niewyraźny, bolesny odruch.

Był to odblask zbudzonych wspomnień
(jak jaśniała głowa przy głowie!),
żal, rosnący coraz ogromniej,
troski, których głos nie wypowie.

Był to gniew, zamyślony o gniewie,
dal szeroko rozwartych oczu,
zachwyt stawu, co zalśnił, a nie wie,
że w nim słońce kolana moczy.