Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


liściaste u czół zaplatają ramiona
kobiety piękniejsze od bogiń,
i cienie nawiewa źrenica zamglona,
lecz poza mgłą czai się ogień,

gdy z trzaskiem opadną na pierś grochy pereł
i ciężkie zabłysną rubiny,
te róże kamienne, dla których otwierał
oskarda ząb skalne głębiny:

Kto bystrą jaskółką uwija się w tłumie?
Kto śmiga jak fryga w tym wirze?
Kto wszędzie i nigdzie zarazem być umie?
W giętkości podobien jest stali i gumie?
Jak wolny wiatr stopy ma chyże?

To piccolo! Mały paź! Goniec i zwiastun!
W oplocie wypustek i pętel,
w mundurze-obłoku złocisto-pierzastym,
w zieleni, na gwiazdy zapiętej,

w galonach jak żmije pełznących ku ziemi...
Andrzeju! Tyś wybran i godzien!
Dla ciebie ten mundur z guzami złotemi,
więc przyjm go, i otrzep, i odziej!

Dopieroż to będziesz mógł szczęściem się opić!
Ja sam ci zazdroszczę, dasz wiarę?
Bo czy to na stół kładziesz rulon czasopism,
czy z wonnym przybywasz cygarem,