Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i kamień oddychał, i cień przez murawę
przebiegał, jak mysz, po cichutku.

Ulica zwężała się. Półmrok i piach,
i szept, i gliniaste wyboje,
i muzyka ech uderzała o dach,
i krok się rozwidlał na dwoje.

Wciąż ciemniej i ciaśniej. Bluszczowych cień gąszczy
na druty się z jękiem nawleka.
Zawahał się Andrzej i krzyknął stanąwszy,
i poznał Czarnego Człowieka.

Ożyło na moment wspomnienie powieści
O widmie, co świat ścina mrozem,
i włócząc się, kośćmi suchymi szeleści,
i dzieciom wyjada z głów rozum.

Lecz Andrzej pomyślał i rzekł: „Śmieszne rzeczy!
Trup w grób, baju-baj! Duchów nie ma!
Gdy podejść, okaże się, że to pień skrzeczy
i macha rękami obiema“.

Postąpił krok naprzód, powietrza w pierś nabrał,
przez zęby cichutko raz gwizdnął.
Tak jest, to był On, niepodobny do diabła,
lecz dziw! do handlarza starzyzną.

Wysoki, i chudy, i długi, i wąski,
i wątły, i cienki jak komar,