Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chodzą plamy zielone po szarych kartach.
Chodzą oczy znużone po drzwiach zawartych.

Za oknami jedzie wóz z ładunkiem belek,
przy oknie siedzi chłopak z czupryną płową
i nazywa się ten chłopak Andrzej Skobelek,
i spogląda na ten wóz, i kiwa głową.

I do swojego w ławce współtowarzysza
obraca się, długo mu szepcze do ucha.
Naraz robi się w izbie ogromna cisza,
potem uśmiechy, wreszcie śmiech salwą bucha.

Jakie były przyczyny śmiechu i szeptu,
nic wiadomo, i nigdy nikt się nie dowie,
ale chochlik radości znienacka wszedł tu,
urodzony w Skobelka wichrzastej głowie.

Tańczyła dyrektorska linia w podskokach,
lecz było już za późno, bo wszystkie ściany
i progi, parapety, szkła, nawet okap
opanował ten śmiech nieopanowany.

Tak! Trzęsło się fałdziste, spasłe sklepienie,
piec się zaśmiewał, do łez, po same białka,
śmiały się kąty, krokwie, parskały cienie,
aż prysła dyrektorska na iskry pałka.

A kiedy sam ze siebie tumult nacichał,
i wszystko było dreszczem i ciszą białą,
Andrzej Skobelek rzekł do Bogdana Grzycha:
„Ale nam się udało! A-le udało!“