Strona:Lucjan Siemieński-Portrety literackie.djvu/467

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jąc w te postacie ogień własnego czucia; przymioty ich charakteru lub talentu, stawiąc w świetle téj krytyki umiejętnéj, co nie same ujemne dostrzega strony. Słowem, dawał on życie przeszłości — a dając życie, liczył się tém samem do téj wielkiéj rodziny poetów, która w dzisiejszém pojęciu literatury wciągnęła w swój zakres wszystkich tych, co pod ożywczem natchnieniem, choćby nie w formie rytmu i rymu, odtwarzać i tworzyć umieli.
Drugi — poeta w ścisłem znaczeniu tego wyrazu, patrzał w przyszłość i snuł ją z bólów i zawodów, pragnień i wierzeń swego żywota, podobien w tém do niektórych liści, co zmięte i starte wydają woń, jakiejby bez tego zniszczenia może nie wydały.... Niedola bywa niekiedy dziesiątą muzą, tém cudowniejszą, jeżeli natrafi na strunę od urodzenia nawiązaną na sercu, i targając nią bez litości, wydobędzie najgłębsze tony, jakichby nie wydobyło zadowolenie z płytkiéj pomyślności dni podobnych do siebie...
Wewnętrzne usposobienie pierwszego i drugiego odbiło się w wyborze dróg, którémi poszli w życiu.
Kreśląc pokrótce zawód Michała i Karola,