Strona:Lucjan Siemieński-Portrety literackie.djvu/279

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Śród naszych zajęć często tak drobiazgowych, gonitw i szamotań się bez celu, nadziei budowanych na niczem, a ztąd rozczarowań i zwrotów ku tak zwanéj praktyce życia, przyciętej do bardzo pozioméj skali — wiedziano, że był jakiś mąż wielkiego serca i ducha, znający wszystkie drogi do uczuć, umiejący niemi wstrząsać, a z okiem wlepionem w wyższe sfery, z których wykradał boskie natchnienie, śpiewający dla ludzi dobréj woli:

......prawdę świętéj wiary:
Że miłość rządzi plemieniem człowieczém,
Że trofeami świata są: ofiary. —

Oddalonego wieszcza znali wszyscy: i swoi i obcy, jak gwiazdę zawsze świecącą w jednem miejscu. Kiedy więc smutna wieść doszła ze wschodu: Gwiazda nasza zgasła! Mickiewicz umarł! — zrobiła się jakby wielka próżnia w téj trzywiekowéj literaturze, któréj on był i najwyższym spadkobiercą i zaszczepcą przyszłości. Każdy czuł instynktowne, że coś stracił, choćby to, czego się jeszcze spodziewał; bo czyż niewołano ustawnie: Pieśni, pieśni, daj mistrzu!
Co mąż ten dokonał w swojem wieszczym zawodzie, co mógł dokonać, jak sięgnął daleko