Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Eugenjusz widział z rozmowy, że Marja Pawłówna sama nie wie, co ma mówić i jakby badała go.
— Widzę, że trzeba zapłacić — odezwał się. — Pojadę jutro do niej i pomówię, czyby terminu nie można odroczyć.
— Żal mi cię, ale ty wiesz sam, co robić. Powiedz jej; że powinna czekać — mówiła Marja Pawłówna.
Położenie Eugeniusza było tem trudniejsze, że matka która z nim mieszkała, zupełnie nie zdawała sobie sprawy z ich stanu majątkowego. Żyła dotychczas tak spokojnie i wygodnie, że nawet nie wyobrażała sobie trudnego położenia syna tj. tego, że dziś jutro mogła im grozić zupełna ruina, że trzeba będzie wszystko sprzedać i pójść gdzieś na służbę do innych, co mu mogło dać najwyżej dwa tysiące rubli rocznie. Nie pojmowała, że ratować ich mogła tylko jak największa oszczędność w wydatkach i nie rozumiała, dlaczego Eugenjusz skąpił nawet w drobiazgach, w wydatkach na ogrodnika, kuczera, służbę, nawet na życie. Prócz tego, jak zwykle wdowy, do nieboszczyka męża żywiła dziś uczucia zupełnie czasem niepodobne do tych, które mu okazywała za życia i ani przypuszczała w myślach, aby to, co on zarządził lub zaprowadził w stosunkach domowych, mogło być złe lub powinno ulec zmianie.