Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wasz ojciec, panie, carstwo jemu niebieskie, nie bawił się takiemi głupstwami.
— Nie można, pomyślał Eugenjusz. Ale ażeby się przekonać, odezwał się:
— Toś ty się niebardzo ładnie spisywał.
— A cóż to nieładnego. I ona była rada i Fiodor Zacharycz zadowolony. Mnie dostał się rubel. Jakże bez tego człowiekowi?
— Można zacząć, pomyślał Engenjusz i natychmiast przystąpił do rzeczy.
— Wiesz Daniła... — czuł że krew napływa mu do twarzy. — Wiesz, już mi to także dokucza.
Daniła uśmiechnął się.
— No! Nie jestem przecież mnichem! Przywykłem także! Czuł, że słowa jego niebardzo mądre i niebardzo się wiążą, ale nabrał odwagi, wiedząc, że Daniła go zrozumiał.
— Czemużeście nie powiedzieli już dawniej, zrobi się — powiedzcie tylko którą.
— Ależ wszystko mi jedno. Naturalnie, żeby niebrzydka i zdrowa.
— Rozumiem — rzucił Daniła zamyśliwszy się. Jest i ładna sztuka. Eugenjusz znów boczerwieniał. Musicie ją zobaczyć, dopiero w jesieni wydali ją. — Zaczął dalej szeptać. Ale on niczego nie dokaże, trzeba samemu zapolować. Cóż to kosztuje?
Eugenjusz aż spochmurniał ze wstydu.