Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


móc w rozbieraniu się, ale go odprawiłem. Widok jego zaspanej twarzy o zwichrzonych włosach wydał mi się wzruszającym. Starając się nie hałasować, na palcach poszedłem do swego pokoju i usiadłem na posłaniu. Nie, zanadto byłem szczęśliwy, nie mogłem spać. Przytem gorąco mi było w pokojach; nie zdejmując mundura, po cichutku wyszedłem do przedpokoju, włożyłem szynel, otworzyłem drzwi i wyszedłem na ulicą.
Z balu wyjechałem o godzinie piątej; zanim dotarłem do domu, a posiedziałem w nim, przeszły jeszcze dwie godziny, tak, że gdy wyszedłem, było już jasno. Mgła się rozpościerała; na drogach topniał śnieg, z dachów kropie wody dzwoniły w rynnach. B... mieszkali wtedy na końcu miasta, koło rozległego placu, na którego jednym krańcu było miejsce spaceru, na drugiem — instytut panien. Przeszedłem nasz pusty zaułek i wydostałem się na dużą ulicą, gdzie spotykałem i pieszych i ludzi z drzewem na saniach. Wszystko wydawało mi się miłe; konie, równomiernie kiwające głowami pod błyszczącemi dugami[1], woźnice pokryci rogóżkami[2] i kłapiący wielkimi butami koło wozów i domy, które we mgle robiły wrażenie bardziej wysokich.

Gdy wyszedłem na pole, gdzie był ich dom zobaczyłem w końcu jego coś dużego, czarnego, a równocześnie słyszałem, idący stamtąd głos fletu

  1. Przypis własny Wikiźródeł łukami
  2. Przypis własny Wikiźródeł rodzaj tkaniny