Strona:Lew Tołstoj - Śmierć Ivana Iljicza.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wa o sztuce i realizmie gry sławnéj artystki, — jedna z tych rozmów pustych, banalnych, które zawsze i wszędzie są jednakowe.
W trakcie dysputy Teodor Piotrowicz spojrzał na Iwana Iljicza i nagle umilkł w połowie rozpoczętego zdania. Inni spojrzeli nań także i umilkli. Z błyszczącemi gorączką oczyma, chory leżał nieruchomie, widocznie zmęczony i rozdrażniony. Rodzina zrozumiała swój nietakt, lecz złe nie dało się już naprawić. Rozmowa się urwała. Wszyscy czuli, że za jakąbądź cenę trzeba wyjść z nieznośnego położenia, lecz nikt się nie decydował, i zdjęła ich obawa, że fałsz i kłamstwo nagle znikną, jak sen, a prawda ukaże swe szorstkie oblicze. Liza pierwsza odważyła się przerwać milczenie.
— Jednakże, jeżeli mamy jechać, to czas, — rzekła, spoglądając na zegarek, podarunek, który otrzymała niegdyś od ojca.
I przechylając zgrabną główkę, uśmiechnęła się nieznacznie do narzeczonego z wyrazem, który on jeden zrozumiał. Zaraz téż wstała, szeleszcząc jedwabną suknią.
Za jéj przykładem poszli wszyscy. Odjechali.
Kiedy zniknęli za drzwiami, choremu zrobiło się lżéj: nie było przy nim fałszu, — ale ból pozostał. Ból ten i strach sprawiają, że mu coraz gorzéj.
I znów upływają minuty, godziny, życie uchodzi, a śmierć coraz bliżéj, bliżéj...
Wzdrygnął się i zadzwonił.
Piotr ukazał się we drzwiach.
— Przyślij mi Herasima, — rzekł w odpowiedzi na nieme pytanie pokojowca.