Strona:Leo Lipski - Niespokojni.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.




DROGI DONIKĄD

Na zboczu góry, wrzeźbiony w skałę, stał pensjonat. Na parterze, w pokoju nr 8, budził się Emil.
Wyciągał ramiona, mruczał, prychał, wyginał kręgosłup jak łuk, krzyczał przez chwilę wysokim falsetem. Wstał, podszedł do okna i zobaczył niebieską mgłę. Otworzył drzwi, szedł wolno w piżamie wzdłuż korytarza, wykładanego zielonym linoleum. Przed białymi drzwiami stały wyczyszczone buty: przed nr 13 olbrzymie buty Anglika, który uczył się grać u Finsena; przed nr 15, oprócz damskich Krystyny, duże męskie, przesadnie sportowe („Przyjechał narzeczony”). Przed drzwiami właścicielki pensjonatu — osamotnione sandałki Eli.
Z asfaltowego tarasu było widać mgłę, prześwietloną słońcem, błyszczącą, różową, leżącą na górach, które wydawały się dalekie i bliskie. Usiadł na leżaku i zamknął oczy. Po chwili poczuł, jak słońce dotyka jego powiek, delikatnie, językiem ciepłym i miękkim, jak kot. Różowe koła ze światła i krwi toczyły się jak baletnice.
Otworzył oczy. Ktoś stał przy nim. To była Ela, o jasnych włosach i oczach, w piżamie.
— Dziś są moje urodziny.

— Ile lat kończysz?

17