Strona:Leo Lipski - Niespokojni.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kie, umizgujące się, jak stara kokota; przebieram je w nonszalancję i wyciskam poza siebie. Muszę.
Wiatr wieje od morza, drzewa rzucają głowami. Bełkocę coś do siebie i mówię na koniec:
— Finish.
Ona śmieje się.
— Dlaczego się śmiejesz?
— Perskie kokoty, gdy były bardzo zajęte — wiesz? — pytały amerykańskich żołnierzy: „Finish Johny?“
Milczy chwilę.
Zaczęło mi się przewracać w głowie, patrzyłem poza ma, za okno, miałem półotwarte usta.
— Przypominasz mi lalkę, którą miałam, gdy byłam mała. Miała rozbita głowę. Spałam z nią zawsze, mimo że miałam ładniejsze.
Zawołała:
— Słyszysz, jesteś lalką z rozbitą głową!
Ci przy kartach zaczynają się podniecać i krzyczeć. Mówię:
— Rzuć im coś w łeb. Flaszkę. Szkoda, że tu w hotelu nie ma nocników.
Kładzie się na łóżko i pyta półserio, ostrożnie:
— Mogę cię pomacać trochę?
Nie mam na to ochoty, ona wie o tym. Ale dziś jest trochę pijana, sześć koniaków. Mówi:
— Proszę cię, pocałuj mnie.
Kiwam głową, że nie. Uparła się. Wygląda jak gdyby zwariowała. Burza mruczy, zaraz uśnie. Deszcz nie pada. Bełkocę cicho:
— Muszę teraz iść. Umówiłem się. Pa.