Strona:Leo Lipski - Niespokojni.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Poza tym małe labirynty w rodzaju:
— Emil! Słyszysz! Nie wolno ci absolutnie więcej płakać, jak ja się pogniewam.
— A jak ty się nie przeprosisz?
— To trudno. To ci też nie wolno.
— To ja nie mogę.
— Tłumaczyłam ci już sto razy... Musisz być więcej męski, aby mi się podobać. Ja nie chcę, żebyś był. Kropka.
— Kiedy ja się przy tobie rozpływam zaraz. Nie mogę być inny. Przynajmniej teraz nie. Od ósmego roku życia nie płakałem.
— To ja będę udawała, że ty nie płaczesz. Że jesteś taki, jak ja chcę.
— Jeżeli będę mógł, to ja się też będę starał. Ale co to będzie warte, jeżeli ty będziesz wiedziała, że ja udaję?
— To ja będę udawała, że o tym nie wiem. To nieważne, czy ja będę o tym wiedziała, czy nie. Tylko zachowanie...
Jej nozdrza drgały. Milczał.
— Ja tak lubię, gdy tobie zaczynają drżeć usta przed płaczem.
Albo (z oburzeniem):
— Dlaczego mi dałeś iść z tym bubkiem na plażę? Tak się zdenerwowałam i tak mi z nim było nieprzyjemnie.
— A gdyby ci było przyjemnie?
— To bym była zadowolona, że poszłam.
— Przecież sama uparłaś się, że z nim pójdziesz.
— Mimo wszystko nie trzeba mi było pozwolić.
— Mimo wszystko zrobiłabyś tak, jakbyś chciała.
— No, to bym zrobiła. Ale nie trzeba mi było pozwalać.
To były ostatnie próby logicznego przekonywania.