Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


27. kwietnia pan d’Etioles, zatrzymywany bezkreśnie przez pana Tournehem w różnych miastach dalekiej prowincji z pomocą poleceń, które wydały mu się złudnemi interesami, a zwłaszcza zaniepokojony długiem milczeniem żony, od której poczta przestała mu przynosić nawet lakoniczne liściki, zjawił się nagle pewnego wieczora w „hotelu“ de Chevres — zastał tu tylko teściową i wuja, którzy spojrzeli nań wróżącemi coś złego oczyma i wykrzyknął:
„Na litość Boską! Mówcie!... Joanna... chora?!“
„Nie!“ odpowiedziała teściowa.
„Gdzie jest?“ chciał biedz do pokojów żony.
„Niema jej...“ wyszła. „Ale przygotuj się, że... nie wróci.“
Podniósł obie ręce do głowy, na której zjeżyły się włosy. Miał wizję okrutną.
„Umarła!“ wrzasnął. Patrzył na oboje obłędnemi oczyma. Nie spodziewali się takiego wybuchu boleści.
„Nie umarła, ale...“ rzekła stara dama. Nie śmiała dokończyć. „Panie de Tournehem, wiesz, jak jestem słaba... wytłumacz mu!“
I rzuciwszy omdlewające spojrzenie zięciowi, wyszła. Za progiem szepnęła do siebie: „Że też ma się nieszczęście mieć za zięcia głupca, któremu takie rzeczy tłómaczyć potrzeba.“
Pan Tournehem ujął delikatnie pana d’Etioles za rękę.
„Synowcze! Musisz pogodzić się z losem... Nie wiń kobiety, która musi być posłuszną woli swego monarchy. Żanetka bawi u króla!... “
Pan d’Etioles runął na podłogę zemdlony.