Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dygnęła wdzięcznie. Tren jej sukni zaszumiał na błyszczącej posadzce. Oddaliła się posuwistym krokiem, cofając się ku drzwiom z twarzą, zwróconą ku Monarsze...
W sypialni królewskiej panował półmrok. Dyskretne światła otulonych różową gazą kandelabrów na kominku rzucały migotliwe połyski na srebrne ramy wielkich zwierciadeł, na pozłoty misternych krzeseł i kanap, igrały na werniksie mistrzowskich obrazów, przedstawiających mitologiczne eskapady Zeusa z Ledą, Danae, Europą... Na puchach śnieżnej pościeli pod haftami kołdry przeciągał się Ludwik XV., otulony skrzętnie czułą ręką pana Binet, który w tej chwili poprawiał szczypcami ogień na rzeźbionym kominku, przysłoniętym japońskim parawanem.
Król, którem u ulżyła spowiedź przed panią de Mailly, ozwał się nagle:
„Śpisz, Binet?!“
„Nigdy, kiedy król śpi.“
„Ja nie śpię...“
„To źle! Król powinien spać.“
Po chwili milczenia głos wesoły:
„Binet! Wiesz co?“
„Nie wiem nic... gdy król ma spać.“
„Nie zrzędź, stary... Binet! wiesz, ta samotność jest przyjemna. Baby świergocą, jak wróble. Doprawdy... samotność bywa przyjemna.“
„Prześpij się, Najjaśniejszy Panie. To ci przejdzie!“
Przeszło pięć minut. Westchnienie. Głos melancholijny:

58