Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sądy, fotele seneszalów i zarządców prowincji... są wszędzie!“
„Dostarczają czwartą część oficerów,“ westchnął wysoki wojskowy.
„W kościele zajęli ciżbą całą probostwa, kanonikaty, prebendy... kto wie, może sięgną z czasem po kapelusze kardynalskie,“ ozwał się cicho kardynał de Luynes.
„To prawda,“ zauważył prezydent Herault, „zapełnili wszystkie stanowiska w magistraturze — od adwokatów do kanclerza... stają się radcami w ministerstwach... Niepodobna odmówić tej nowej burżuazji geniuszu.“
„Cóż to za geniusz?“ wzruszyła z nietajonem oburzeniem ramionami księżna de Luynes, „opierają się na najpodlejszej potędze — pieniądza! Niejeden z nich przybył chyłkiem do Paryża z paczką brzytew pod pachą, albo wylazł z winiarni w porcie angielskim, a dziś jest wielkim panem, pył miota w oczy... Nabrzęczały mi w uszach te nazwiska, o których dawniej nikt nie słyszał, jacyś Bergertowie, Dupiny, Durandowie, Massony, Girard’y, Thoinard’y — i Bóg wie jeszcze, jak to się nazywa. A jak oni mieszkają!... Wszakże przeszli zbytkiem nas... Czem są pałace naszych najznakomitszych rodów wobec przepychu tych handlarzy, którzy mniemają, że cały świat kupić można?!...“
„Może jednak jest w tem jakiś mus,“ zauważył pojednawczo marszałek de Noailles. „Francja rośnie, rozwija się — ma bilans handlowy 45 miljonów i 50 tysięcy wojska... Trzeba jej nowych sił... a przecie my, ludzie dobrze urodzeni, nie nadajemy się do tej nowej pracy...“

22