Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



Rozdział XXXV.
Ostatni akord.

„Pani Markiza ma bardzo złą pogodę do podróży!“ tak pono brzmiał „bezserdeczny“ — według Goncourtów — frazes Ludwika XV., rzucony wślad uwożonym z Wersalu na tragach znikomym szczątkom potężnej w ciągu lat dwudziestu faworyty i niegdyś czarującej go miłośnicy. Cała mowa pogrzebowa, towarzysząca odejściu zwłoków!
Może to nie brzmiało tak nieserdecznie, boć ton stanowi tu o wszystkiem. W istocie w chwili, gdy trupa Markizy de Pompadour wywożono z Wersalu, zerwała się straszliwa burza, lunął deszcz rzęsisty, szarpał strzyżone drzewa wspaniałych ogrodów Wersalskich i sczerniałe od chmur niebo raz po raz huczało gniewnym pomrukiem. Król podkreślił ironię śmierci: Markiza w pierwszych dniach ich miłości lubiła spacery w dni słoneczne i nie wybierała się nigdy w podróż w czas słotny. A tu...
Ale ironja śmierci sięgała dalej, niż potrafiłby określić Król, w którym tkwiło głównie w owej chwili symboliczne „animal triste“ po uciesze życia, jaką hojna dłoń czarodziejki darzyła go przez długie lata. Ironja tkwiła już w tem, że ta można pani pozostawiła w skarbonce swojej całkiem 77 franków gotówki. To oczywiście nic nie mówi o wartości dóbr i ruchomości, pozostałych po niej, wynoszącej bajeczną sumę blisko