Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dla Francji!... Któż winien rządzić ludzkością? — Geniusz!... Zatem kto Francją?... Markiza de Pompadour!... Jest-że to sensem życia, aby rządy nad narodem trzymał w ręku ten, kto się nudzi rządzeniem? — majestat śpiący, ziewający, bezwolny?!... Czy raczej berło nie należy się jawnie temu, kto je dzierży za kulisami — kto panuje narodowi myślą, kto co dnia tworzy cuda energii — Największej kobiecie Francji...
„Jakże to?!“ wykrzykiwał dalej, rzucając chaotycznie błyskawice myśli, „więc Pani masz wisieć na włosku łaski królewskiej? Prowadzić rydwan polityki, popierać myślicieli, poetów, artystów chlubę narodu, torować szlaki naszej kulturze, pchać przemysł, naukę, piękno życia tylko przez chwilę... aż do tego momentu, gdy Ludwik XV nie uśmiechnie się lubieżnie do innej?... Łoże przesyconego króla, szukającego nowych podniet — ma być wagą losów Francji?!... A męczennica — podeptana, wzgardzona przez niewdzięczną ślepotę — jako dziś wyszła z mroku zapoznania, tak jutro winna odejść w mrok zapomnienia?!... Gdzież tu sprawiedliwość Boża — i rozum narodów?!“
Słowa Latude’a trąciły o tajne struny jej duszy W jej oczach błysnęły łzy — przymknęła oczy. „Mów dalej!“ — szepnęła. Ten młodzian spojrzał na dno jej duszy — zgadywał jej mękę — wyraził słowami cierpienia dumy, trwogi serca, to wszystko bolesne, co przezwyciężała hartem, pracą nad sobą od dni dzieciństwa, od owej chwili, kiedy kłuła się w ogródku matczynego domu pokrzywami, starając się skryć skazy i nie wydać jęku. Latude czuł, że jest wymowny — lubował się sobą. Przypadkową lekcję