Strona:Leo Belmont - Królewska miłośnica.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gwar mnoży się — napełnia kurytarze...
Coś okropnego dzieje się w murach więzienia!
Niebawem poczyna rozumieć...
Jakiś głos niewieści, młody, błaga: „To starzec!... Zmiłujcie się!“ Głos ten spotyka się ze śmiechem, drwinkami.
Książę de Brissac przyłożył ucho do ściany. Włosy mu się jeżą na głowie. To córka błaga o życie ojca. A równocześnie ktoś za drzwiami pada trupem — czerwona struga przenika do celi de Brissac’a. Ochrypły głos barbarzyńcy woła: „wypij tę czarę krwi, a darujemy życie twojemu ojcu!“ I śmiech okropny rozlega się... Oklaski... Mnogie zadowolone głosy wrzeszczą: „ścierwo! jak chleje!“[1]
De Brissac rozumie.
Wyprawiono rzeź w więzieniu...
Tak jest!... W Wersalskiej turmie niema nawet Maillarda, dla pozoru sądzenia przeglądającego rejestry, dostarczone z Ministerstwa.

Już dobijają się do celi: Słychać krzyk: „Gdzie dozorca? Niech przyniesie klucz... Tu siedzi Brissac!“... Inny głos: „Na co klucz?... Wybijać drzwi!... Oto drąg.“
Książę prostuje się... Wie, że niema ocalenia. Ale postanawia drogo sprzedać życie.

Już drzwi pękły — przez wyłom wlazł drab: de Brissac poskoczył groźny — potężny... W jed-

  1. Scena historyczna. (P. A.)