Strona:L. M. Montgomery - Ania z Zielonego Wzgórza.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


u której mieszkałam, miała w swoim bawialnym pokoju oszkloną biblioteczkę, ale bez książek. Pani Thomas przechowywała w niej swą najdroższą porcelanę i słoiki z konfiturami, o ile je miała naturalnie. Połowa drzwi była stłuczona. Pan Thomas stłukł ją którejś nocy, gdy powrócił do domu pijany. Ale jedna szyba pozostała cała, i, przeglądając się w niej, wyobraziłam sobie, że z tamtej strony w szafie znajduje się dziewczynka, moja rówieśnica. Nazwałam to moje odbicie Kasieńką, i przyjaźniłyśmy się bardzo, bardzo. Potrafiłam rozmawiać z nią całemi godzinami, szczególniej w niedzielę. Zwierzałam jej się z wszystkiego. Kasieńka była moją jedyną pociechą i radością! Wyobrażałyśmy sobie, że szafka jest zaczarowana, i gdybym tylko potrafiła wymówić odpowiednie zaklęcie, mogłabym ją otworzyć i wejść do salki, zamieszkałej przez Kasieńkę, mogłabym zająć miejsce porcelany i konfitur. Wtedy Kasieńka wzięłaby mnie za rękę i zaprowadziła w cudowne miejsce, pełne kwiatów, słońca i elfów, gdziebyśmy żyły w wiecznem szczęściu.
Przeniósłszy się do pani Hamond, martwiłam się niezmiernie, że opuszczam Kasieńkę. I ona czuła się z tego powodu bardzo nieszczęśliwą. Jestem tego pewna, bo widziałam poprzez szybę, jak płakała, przesyłając mi całusy. U pani Hamond nie było bibljoteki. Ale poza rzeką, niedaleko domu rozciągała się zielona dolina, gdzie mieszkało najpiękniejsze echo. Oddawało ono dokładnie każdy wyraz, nawet wówczas, gdy się niezbyt głośno mówiło. Więc wyobraziłam sobie, że była to dziewczynka, imieniem Violetta, z którą się bardzo zaprzyjaźniłam i którą bardzo pokochałam? prawie tak jak Kasieńkę; niezupełnie, ale prawie. Wieczorem przed wyjazdem do Domu Sierot poszłam pożegnać Violettę, a pożegnanie jej brzmiało tak smutno, tak smutno, miała łzy w głosie... Przywiązałam się do niej tak bardzo, że nie potrafiłam wyobrazić sobie nowych przyjaciółek w Domu Sierot. A zresztą tam nie było pola dla imaginacji...