Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/267

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Na chwilę serce Ani zatrzepotało dziwnie. Po raz pierwszy w życiu spuściła oczy pod spojrzeniem Gilberta, a lekki rumieniec okrasił jej bladą twarzyczkę. Jakgdyby zasłona, okrywająca jej świadomość, uniosła się i odsłoniła nieoczekiwane uczucia. Może, mimo wszystko, miłość nie zawsze zjawia się w życiu, jak wspaniały rycerz poprzedzony fanfarą, otoczony przepychem; może zbliża się bezgłośnie i skromnie jak stary przyjaciel; może ma pozory prozy, dopóki jakaś fala blasków, prześwietlająca nagle jej karty, nie wydobędzie z nich najaw ukrytych rytmów i melodyj; może... może miłość wykwita poprostu z serdecznej przyjaźni, jak złocista róża z zielonego pąka. Zasłona znowu opadła, lecz Ania, idąca teraz ciemną aleją, nie była już tą Anią, która poprzedniego wieczoru dążyła do Chatki Ech. Rozdział życia podlotka został zamknięty niewidzialną ręką. Zaczynało się życie kobiety z całym jego urokiem i tajemniczością, ze wszystkiemi smutkami i radościami.
Gilbert roztropnie nie powiedział nic więcej. Z rumieńca Ani wyczytał dzieje najbliższych lat.
Cztery lata poważnej, radosnej pracy — a w nagrodę zyskanie pożytecznej wiedzy i zdobycie serca ukochanego dziewczęcia.
A poza nimi w ogrodzie kamienny domek dumał wśród cieni. Był opuszczony, lecz nie zapomniany. Nie wyrzekł się jeszcze marzeń, śmiechów i radości życia. — Niejedno rozkoszne lato było mu sądzone. Tymczasem mógł czekać. Ponad rzeką zaś, uwięzione w purpurze, echa też oczekiwały godziny swego wyzwolenia.

KONIEC