Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Cieszę się, że Diana jest szczęśliwa i zadowolona — mówiła do siebie Ania tego wieczoru, układając się do snu. — Lecz kiedy na mnie kolej przyjdzie — jeśli wogóle przyjdzie — musi się to odbyć w bardziej romantycznych warunkach. Coprawda, i Diana tak kiedyś myślała. Nieraz twierdziła, że zaręczy się tylko z tym, kto spełni jakiś niezwykły czyn, by ją zdobyć. Zmieniła się... Może i ja się zmienię? Ale nie, stanowczo nie! Ach, takie zaręczyny naszych najbliższych przyjaciół wstrząsają nami zbyt silnie.


ROZDZIAŁ XXX
Ślub w Chatce Ech

Nadszedł koniec sierpnia, a z nim zbliżył się ślub panny Lawendy. Po upływie dwóch tygodni Ania i Gilbert mieli wyjechać do Redmondu, pani Linde zaś przenosiła się na Zielone Wzgórze. Było ułożone, że umieści swe lary i penaty w pokoiku przy kuchni, odświeżonym już na jej przybycie. Wyprzedała wszystkie zbyteczne sprzęty domowe, a obecnie dzielnie pomagała państwu Allan w ich zajęciach, związanych z przeprowadzką z Avonlea. Następnej niedzieli pan Allan miał wygłosić pożegnalne kazanie. Stary porządek z łatwością ustępował miejsca nowemu, jak to Ania stwierdziła ze smutkiem, przyćmiewającym jej radosne oczekiwanie.
— Zmiany nie są przyjemne, lecz są bardzo pożyteczne — filozofował pan Harrison. — Dwa lata jednostajności — to okres zupełnie wystarczający; gdyby się przeciągnął, zapleśnielibyśmy z pewnością.
Pan Harrison palił fajeczkę na ganku. Jego żona z niezwykłą wyrozumiałością pozwoliła mu palić w mieszkaniu, jeśli to będzie czynił przy otwartem oknie. Pan Harrison wynagrodził to ustępstwo, starając się przy pięknej pogodzie pa-