Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zwierzała się przyjaciółce. Ściskały się, śmiały i płakały naprzemiany.
— Jestem bardzo szczęśliwa — mówiła Diana, — tylko dziwnem mi się wydaje, że jestem zaręczona.
— Co się też czuje, będąc zaręczoną? — pytała Ania ciekawie.
— Zależy od tego, z kim się jest zaręczoną — odpowiedziała Diana tonem wyższości, przybieranym zwykle przez zaręczonych wobec niezaręczonych. — Rozkosznie jest być narzeczoną Alfreda, ale chyba okropnem byłoby być narzeczoną kogokolwiek innego.
— Niewielka to pociecha dla nas innych dziewcząt, wobec tego, że jest tylko jeden Alfred na świecie — zaśmiała się Ania.
— Ach, Aniu, nie zrozumiałaś mnie — tłumaczyła się Diana. — Nie to myślałam. Trudno mi jest ci objaśnić... Ale mniejsza z tem, zrozumiesz sama, skoro przyjdzie kolej na ciebie.
— Ależ, Diano najdroższa, ja już zrozumiałam! Nacoby się zdała bujna wyobraźnia, gdyby nam nie ułatwiała spoglądania na życie oczami naszych bliźnich?
— Musisz być moją druchną, Aniu. Przyrzeknij mi.
— Przyjadę choćby z końca świata! — przyrzekła Ania uroczyście.
— Oczywiście nie będzie to jeszcze tak prędko — rzekła Diana, rumieniąc się. — Najwcześniej za trzy lata, bo ja mam osiemnaście, a matka nie życzy sobie, by która z jej córek wyszła zamąż przed dwudziestym pierwszym rokiem. Zresztą ojciec Alfreda kupuje dla niego farmę Fletchera, a chce spłacić przynajmniej dwie trzecie jej wartości, zanim ją ofiaruje synowi. Ale trzy lata, to wcale nie za długi okres czasu dla przygotowania wyprawy, bo przecież ja nie mam ani jednej sztuki wyhaftowanej. Od jutra zaczynam haftować serwetki