Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ROZDZIAŁ XXIX
Poezja a proza

Cały następny miesiąc Ania przeżyła w stanie gorączkowego podniecenia. Jej własne przygotowania do wyjazdu na uniwersytet zeszły na drugi plan. Niezadługo miał się odbyć ślub panny Lawendy i kamienny domek stał się widownią bezustannych narad i planów, które wprawiały w zachwyt i zdumienie Karolinę Czwartą. Zjawiła się krawcowa, a z nią okres rozkoszy i trudów przy wyborze fasonów „do twarzy“ i „nie do twarzy“. Ania i Diana całemi dniami nie opuszczały Chatki Ech. Roztrząsanie zagadnienia, czy słusznie doradziła pannie Lawendzie kolor bronzowy zamiast granatowego na strój podróżny, lub fason „princesse“ na suknię jedwabną, niejednej nocy spędziło sen z powiek Ani.
Zmiana w losie panny Lawendy miała się odbić dodatnio na życiu wszystkich jej bliskich osób. Skoro tylko Jaś dowiedział się od ojca o wielkiej nowinie, przybiegł na Zielone Wzgórze, by pomówić z Anią.
— Wiedziałem, że mogę ufać ojcu, iż mi wybierze miłą drugą mateczkę — mówił z dumą. — Jak to dobrze mieć ojca, na którym można polegać. Ja naprawdę kocham pannę Lawendę. I babunia jest zadowolona; cieszy się bardzo, że ojciec nie żeni się po raz drugi z Amerykanką, bo chociaż pierwszym razem trafił bardzo szczęśliwie, kto wie, co teraz mogło się zdarzyć. Pani Linde też pochwala to małżeństwo i powiada, iż zapewne teraz, gdy panna Lawenda wyjdzie zamąż, porzuci swe dziwactwa i będzie taką, jak inni. Ale ja myślę, że nie porzuci swoich dziwactw, bo ja je bardzo lubię. Nie chciałbym, żeby była, jak wszyscy inni, bo takich zwykłych ludzi jest dosyć wokoło. Pani to rozumie, prawda?