Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ki, ani nawet nieporozumienia. Do końca życia nie zapomnę dreszczu, jaki mnie przebiegł, gdy wyznałaś mi, że mnie kochasz. Moje dziecięce serduszko tak bardzo łaknęło przywiązania! Teraz dopiero zdaję sobie sprawę, jak strasznie samotną i opuszczoną byłam. Nikt o mnie nie dbał, nikt nie chciał, żebym mu była ciężarem. Jakże nieszczęśliwą czułabym się, gdyby nie mój świat marzeń, pełen urojonych przyjaciół i uczuć, których tak łaknęłam. Ale z chwilą przybycia na Zielone Wzgórze wszystko się zmieniło. Potem spotkałam ciebie — nie możesz sobie wyobrazić, czem była twoja przyjaźń dla mnie. Wiecznie będę ci wdzięczna za gorące przywiązanie, którem mnie obdarzyłaś.
— Zawsze będę cię kochała — załkała Diana w odpowiedzi. — Nigdy w życiu nie pokocham nikogo... żadnej przyjaciółki, tak jak kocham ciebie. A jeśli kiedykolwiek będę miała córeczkę, musi nazywać się Ania.


ROZDZIAŁ XXVII
Popołudnie w Chatce Ech

— Dokąd idziesz taka wystrojona, Aniu? — dopytywał się Tadzio przy obiedzie. — Wyglądasz byczo w tej sukni.
Ania miała na sobie nową sukienkę z blado-zielonego muślinu — pierwszy kolorowy strój od śmierci Mateusza. Było jej w tem prześlicznie. Zielona barwa podnosiła jeszcze różaną delikatność jej cery i ognisty przepych włosów.
— Tadziu, wiele razy już ci mówiłam, żebyś nie używał tego wyrazu — strofowała. — Idę do Chatki Ech.
— Zabierz i mnie — napierał się Tadzio.
— Zabrałabym cię, gdybym jechała kabrjoletem; lecz idę pieszo, a to za daleko dla twoich ośmioletnich nóżek. Zresztą Jaś idzie ze mną, a wiem przecież, że niebardzo go lubisz.