Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Marji. Teraz już nie będę; nie chcę, żeby myślała, że mi brak piątej klepki. Niechaj mnie korci, muszę to przezwyciężyć.
— Przychodź wtedy na Zielone Wzgórze i mnie się zwierzaj z twych myśli — prosiła Ania z powagą, którą dzieci tak lubią w stosunku do ich drobnych spraw.
— Dobrze. Przyjdę. Ale chciałbym, żeby wtedy nie było Tadzia, bo on mi się wykrzywia. Nie obchodzi mnie to bardzo, bo on przecież taki mały, ale jednak to nieprzyjemne. Przytem Tadzio robi takie straszne miny, że czasem boję się, że już pozostanie wykrzywiony na zawsze. Nawet w kościele, kiedy powinien myśleć o rzeczach świętych, przedrzeźnia mnie. Tola mnie lubi, i ja ją także lubię, chociaż nie tyle, co dawniej, odkąd zwierzyła się Mini Barry, że chce, bym się z nią ożenił, gdy dorosnę. Zapewne ożenię się, gdy dorosnę, ale teraz jestem chyba o wiele za młody, żeby myśleć o tem, z kim się ożenię, prawda?
— Tak, o wiele za młody — zgodziła się Ania.
— Muszę pani jeszcze coś powiedzieć — zwierzał się Jaś. — W zeszłym tygodniu była u babuni na podwieczorku pani Linde. Babunia kazała mi jej pokazać portret mojej matuchny — ten, co mi go przysłał ojciec na urodziny. Niebardzo chciałem, by go zobaczyła, bo chociaż to jest dobra i miła osoba, nie należy ona do tych, komu się chętnie pokazuje portret matki. Pani to rozumie, prawda? Usłuchałem babuni. Pani Linde powiedziała, że jest bardzo ładna, ale wygląda jak aktorka i musiała być o wiele młodsza od ojca. Potem dodała: „Twój ojciec ożeni się zapewne niezadługo. Czy pragnąłbyś mieć nową mamusię, panie Jasiu?“ Aż mnie coś w gardle ścisnęło, ale nie chciałem, by to pani Linde zauważyła. Spojrzałem jej prosto w oczy, ot tak, i rzekłem: „Proszę pani, ojciec bardzo dobrze wybrał moją matkę, więc na pewno i drugi raz dobrze wybierze“. Ojcu mogę ufać; jeśli kiedykolwiek zechce, bym miał nową matkę, na pewno zapyta się mnie o radę, zanim będzie zbyt