Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


szczęście już minęła. Zdobyłam półmisek, a deszcz odświeżył przyrodę.
— Nie jesteśmy jeszcze w domu — zauważyła Diana pesymistycznie — i niewiadomo, co może się zdarzyć, zanim dojedziemy; ty przecież masz szczęście do przygód, Aniu.
— Taki dar jest już wrodzony — odparła Ania pogodnie. — Nabyć go ani pozbyć się go nie można.


ROZDZIAŁ XIX
Dzień, jakich wiele

— A jednak — powiedziała pewnego razu Ania — wydaje mi się, że nie te dni są najmilsze, kiedy spotyka nas coś nadzwyczajnego, lecz te, które przynoszą nam drobne, codzienne rozkosze i przesuwają się gładko, jak perełki na naszyjniku.
Życie na Zielonem Wzgórzu obfitowało właśnie w takie dni. Niepowodzenia i przygody Ani, podobnie jak to bywa u każdego, nie zdarzały się wszystkie odrazu, lecz pojawiały się od czasu do czasu przeplatane długiemi okresami dni beztroskich, zapełnionych pracą i marzeniami, nauką i zabawą.
Takim był właśnie jeden z ostatnich dni sierpnia. Przed południem Ania i Diana zawiozły rozpromienione bliźnięta na przeciwległy brzeg stawu, gdzie pozwoliły im dowoli brodzić po wodzie i zbierać wodorosty, podczas gdy wiatr wyśpiewywał stare pieśni, wyuczone w czasach, kiedy świat był jeszcze młody.
Po południu Ania udała się w odwiedziny do Jasia Irvinga. Zastała go leżącego na trawie w sosnowym zagajniku, osłaniającym dom od północy. Był zatopiony w czytaniu czarodziejskich baśni, lecz na jej widok zerwał się radośnie.