Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przecież w sobotę pracować się nie godzi. Emilek Boulter mówi, że on by nigdy tego nie zrobił, ale Maryla twierdzi, że muszę odrobić. Strasznie nie lubię tej nauczycielki.
— O nauczycielce nie wolno się tak wyrażać, Tadek, — wtrąciła surowo pani Małgorzata. — Panna Carson jest bardzo miła i z pewnością wie co robi.
— To niema nic do rzeczy, — zaśmiała się Ania. — Często lubi się ludzi, którzy nawet od czasu do czasu popełniają jakieś głupstwa. W każdym razie ja osobiście także bardzo polubiłam pannę Carson. Spotkałam ją wczoraj na zebraniu kościelnem i doszłam do wniosku, że ma bardzo łagodne oczy. Uspokój się, Tadziu. Jutro będzie nowy dzień. Chętnie pomogę ci odrobić te zadania. Szkoda tracić takiego pięknego wieczoru na czcze rozmyślania.
— Masz rację, — zawołał Tadzio, a twarzyczka rozjaśniła mu się nagle. — Jeżeli ty mi pomożesz, będę miał jeszcze czas pójść na ryby z Emilkiem. Bardzo chciałem, żeby pogrzeb ciotki Agaty był dopiero jutro, bo matka Emilka mówi, że ciotka Agata na pewno podniesie się z trumny i powie coś nieprzyjemnego grabarzom. Chciałbym to słyszeć. Ale Maryla powiada, że ciotka Agata nic nie mówiła.
— Biedna Agata spokojnie leżała w swojej trumnie, — szepnęła pani Linde uroczyście. — Nigdy jeszcze tak mile nie wyglądała... Coprawda niezbyt dużo łez przelano po jej śmierci. Eliza Wright szczęśliwa jest, że się jej pozbyła, zresztą nie biorę jej tego za złe.
— Dla mnie najokropniejszą rzeczą jest odejść z tego świata, nie pozostawiając po sobie ani jednej