Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

proponował nieznajomy. — Jestem pewien, że deszcz za chwilę przestanie padać.
Wypowiedział to takim tonem, że Ania uczuła przyśpieszone kołatanie serca.
Szybkim krokiem przedostali się do pawilonu i usiedli przy sobie na małej, wąskiej ławeczce. Z wesołym uśmiechem Ania przyglądała się swemu odwróconemu parasolowi.
— Zawsze, jak parasol mi się odwraca, dochodzę do wniosku, że martwe przedmioty też nie są pozbawione pewnej dozy złośliwości, — szepnęła po chwili, śmiejąc się.
Pod wpływem deszczu, złociste jej loki wiły się teraz dokoła czoła i szyi. Na policzkach wykwitał promienny rumieniec, a szare oczy błyszczały nieugaszoną młodością. Nieznajomy spoglądał na nią z podziwem, a ona mimowoli rumieniła się pod siłą jego wzroku. Któż to mógł być? Zauważyła, że miał w butonierce białoczerwoną wstążeczkę redmondską. Była pewna, że z widzenia zna wszystkich studentów w Redmondzie, oczywiście oprócz nowicjuszów, ale ten miły nieznajomy, na pewno nowicjuszem nie był.
— Widzę, że jesteśmy kolegami, — rzekł młodzieniec, spoglądając na taką samą wstążeczkę, przypiętą do klapy płaszcza Ani. — Jest to zupełnie wystarczający powód do zawarcia znajomości. Nazywam się Robert Gardner, a domyślam się, że pani jest ową panną Shirley, która na ostatnim wieczorze filomackim czytała z takiem przejęciem Tennysona.
— Owszem, ale pana zupełnie nie pamiętam, —