Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jam tylko jeden z Twych maluczkich zgoła,
co ludzi ufnością mniej niż rzeczy darzy
i z celi patrzy w życie dookoła,
a co się dzieje, ważyć się nie waży.
Lecz jeśli pragnie mnie Twoja twarz cicha,
z której tak ciemno moc Twych oczu bije,
niech to w Twych oczach nie będzie zła pycha,
gdy powiem: Życia nikt swego nie żyje.
Ludzie to głosy, przypadek i część,
powszednie lęki, wiele małych szczęść,
już jako dzieci przebrani w maszkarze,
dorosłe maski, a zamilkłe twarze.

I myślę często: muszą być skarbnice,
kędy te wszystkie liczne życia leżą,
równe kołyskom, lektykom, pancerzom,
w które nikt nigdy nie wszedł: i na nice
jak owe szaty, co próżne, bezlice
same nie mogą stać i pustkę szczerzą
i silnym ścianom wiotkość swą powierzą.
I gdybym w wieczór szedł dalej pomału
z mego ogrodu, gdzie jestem strudzony, —
wiodłyby drogi — wiem — przez wszystkie strony
do nieprzeżytych rzeczy arsenału.
Niema tam drzew, kraina jest usłana,