Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/072

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Byłem u mnichów najstarszych, rapsodów i cichych malarzy,
zapisywali dziejów strony, kreślili sławy litery.
I słyszę Twój żywioł zjawiony, wichry i wody na straży,
jak szumisz na skraju chrześcijańskiej ery,
Ty Kraju nieprzetrzebiony.

Chcę opowiadać Ciebie, oglądać i opisywać,
nie gliną, złotem, lecz atramentem z kory jabłoni,
nie mogę Cię też perłami do stronic przywiązywać,
a najlżej drżący obraz, który mi zmysł mój wyłoni,
Tybyś przesadził ślepo prostotą swojego bytu.

Więc chcę tylko rzeczom w Tobie dać skromne, nieśmiałe imiona.
Niech najdawniejszych królów wylicza każda moja strona,
czyny ich wszystkie i bitwy będę opisywał.
Bo Ty jesteś Gleba. I czasy liczysz na żniwa,
a myślisz o bliskich tak samo, jak o odległych najbardziej;