Strona:Krystyna Miłobędzka - Dom, pokarmy.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pajęczyny kurz, można zamiatać a zawsze grube kluchy kurzu pajęczyny. On w tym na czworakach, zjada to liże. Wypluj! Wypluj świństwo. Nie świństwo? Cukierek? Jakimi słowami mam do ciebie mówić? Drzewami mówić? Jak my się męczymy.

O wypluwaniu. Najgorsze i tak zostanie. Ogłuszeni, rwie się rozmowa. Szkoda ust otwierać — nie że szkoda, nie ma o co. Co ja poradzę wobec tajemnicy niezwiązania wszystkiego ze wszystkim? Te ramiona rozpostarte, do czego? Odpędzą ogarną pofruną zaduszą? Między sufitem i podłogą, między ziemią i niebem, między mówią i mówią — głucha. W kołysce świata jesteś, w wirze przemiany!

O, jakie liście zielone — szkoda tych liści. Kiedy śnieg pada, szkoda i śniegu. Wszystkiego szkoda, i ciebie też.

INNY SPOSÓB? PRZEJŚĆ OD NIECHCENIA DO WIELKIEGO DZWONU

ale komu by się chciało, najpierw się dorabiać, czekać aż zwietrzeje, potem we własnym zaduchu dukać i nie beczeć gdy ustaje, przymilnemu dać w ucho, przyciąć język i jeszcze wysłuchiwać mądralów. Moje obawy

żeby to wypadło przekonywająco, żebym była pewna swego. Więc mam wątpliwości, skoro tak myślę. A nikt nie zrobi tego za mnie. Język! Język, który spełniłby rolę rekwizytu (słowo podane zamiast ręki). Jakim językiem nakażę?

i o tym, jak we własnych słowach mrą, wykańczają się (pięknie się nam rozwija złotogłowa lilija, kręcić się nam zaczyna wyścigowa maszyna, gadki szmatki cd.), z tego chaosu hałasu nowe jakby słowo którego się czepiają. Drzewami mówić?