Strona:Korczak-Bobo.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
113

toż samo. Chcę zmęczyć umysł, żeby mózg wyczerpany nie tworzył snów. — Martwi mnie, że jestem przesądny. Kiedy widzę puste wiadra albo spotykam p..a, wierzę, że mi się nie powiedzie. Na stole układam palce: „tak, nie, tak, nie“. Na tyle się przezwyciężyłem, że nie pluję, jak spotkam p..a. Także mnie martwi moja chęć udawania, komedjanctwo. Że niby w karnawale baluję, że otrzymuję listy od panien; kiedy niosłem kwiaty na imieniny p. Cecylji, chciałem kogoś spotkać, żeby widział. To takie śmieszne, dziecinne.
Gdym wracał z gimn., padał śnieg i topniał.

Jak śnieg ten czysty i biały
Ułożony w gwiazd kryształy
Spada na ziemię poto,
By zmienić się w błoto.
Tak dusza dziecinna,
Czysta i niewinna,
Spada na ziemię z Bożego łona
I kona.
Lecz nim zakończy swe życie,
Ile nacierpi się skrycie,
Ile łez jawnych wyleje,
Przechodząc życia koleje.


30 styczeń.

O 6 rano miałem sen erotyczny, bar-