Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Zenobia otworzyła drzwi i powitała gościa okrzykiem.
— Pan Wacław! Co za niespodzianka. Nie widziałyśmy już pana chyba ze trzy tygodnie.
— Wyjeżdżałem, proszę pani, a skoro tylko wróciłem, to oczywiście przedewszystkiem poszedłem na Przyrynek, tam powiedziano mi, że się panie wyprowadziły, więc stawiam się tu... Jakże się panie miewają? Panna Jadwiga?
— Dobrze, dobrze... My nigdy źle się nie mamy — rzekła panna Jadwiga, podając przybyłemu rękę. — Rzeczywiście pomizerniał pan trochę, co panu było?
— Mała rzecz, przeziębiłem się w drodze.
— Teraz? wśród lata...
— Najłatwiej, noc była chłodna — jechałem bryczką odkrytą...
— To jakaś niedaleko podróż.
— Przeciwnie... koleją, a potem bryczką... Byłem na zapadłej prowincyi.
— Cóż pan tam robił?...
— Interesa majątkowe. Ratowałem moją należność, a chcąc ją uratować, nabyłem folwark. Cóż pani na to, panno Jadwigo?
— A no nic; winszuję.
— Tylko?...
— Chce pan, żebym płakała?
— Sądziłem...