Strona:Klemens Junosza - Z pieniędzmi.djvu/2

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    U





    Upalny był wieczór, gorący; burza zapowiadała się na noc.
    Ukośnie padające promienie słońca, co się już ku zachodowi chyliło, piekły jak ogniem; wiatr ucichł, ani jeden liść nie poruszył się na drzewie, ani jeden kwiatek na łące nie pochylał główki barwnej. Ptaszęta ukryły się w krzakach i na gałęziach, jedne tylko jaskółki w chyżych zwrotach przelatywały tuż, tuż, nad samą ziemią, lub nad gładką powierzchnią jeziora, lotne, zwinne, zwrotne, jak błyskawica, jak myśl...
    Bydło wracało do obór przyśpieszając kroku, owce pędem biegły z pola, jakby przeczuwały coś nadzwyczajnego i co prędzej pod dach chciały się schronić... Ludzie śpieszyli z pól i łąk, od pracy; pot zale wał im czoła, parne powietrze tamowało oddech.
    Zdawało się, że cały światek objęty w kole, które się promieniem wzroku ludzkiego da zakreślić, zamienił się nagle w piec ogniem ziejący.
    Piasek na drodze stopy parzył, żar oddech tamował i cisza się taka zrobiła, taka mogilna, jak gdyby anioł śmierci przeleciał nad ziemią i do snu ją wiecznego przysposobił...
    Słońce zniżało się coraz bardziej, promienną tarczą dotykało już lasów, równinie zielonej za ramę służących, złoto roztopione między sosny wlewało, świetlane blaski rozrzuciło po wodzie.
    Po chwili gałązki zaczęły się chwiać, liście na drzewach zadrżały, gładka powierzchnia wody na jeziorze zmarszczyła się lekko, a trawa na łąkach, zboża na polach falować zaczęły jak woda... Drżenie liści, traw, kwiatów, zbóż, gałązek na drzewach, wzmagało się stopniowo; na jeziorze zmarszczki były coraz grubsze, wydatniejsze, fala rozkołysała się i poczęła bryzgać białą pianą na piaszczyste wybrzeże. Wiatr wydobył się z ukrycia i figle swoje rozpoczął; z początku łagodne i niewinne, potem coraz zuchwalsze i śmielsze. Owdzie kwiatek złamał, tu listek z gałęzi zdmuchnął, nareszcie ścianą pszenicy chwiać zaczął, wierzbiną płaczącą nad wodą trząsł, i zapalając się gniewem, coraz dzikszym, coraz zuchwalszym się stawał; na większe drzewa się rzucał, wodę kłęb.ł, strzechy słomiane szarpał, aż w taką wściekłość wpadł, że tumany piasku pędził po drodze, drzewa co słabsze obalał, i wyć zaczął szalejąc.
    Czarna chmura wysunęła się z zachodu, zakryła słońce zupełnie, tylko po brzegach jej poszarpanych i postrzępionych, krwawe plamy od słońca się kładły, niby pożogi wielkiej odblaski. Wielkie cielsko chmury wydłużało się, rozszerzało, przybierając coraz potworniejsze kształty. Rosła ona jak bestya z Apokalipsy; coraz przybywały jej łby nowe i garby dziwaczne, czarne a po brzegach krwawo zabarwione.
    Nieopodal druga, jeszcze większa chmura, niby z pod ziemi wyrosła, pięła się w górę coraz wyżej, coraz większą część lazurowego nieba przysłaniając. I szła jedna na przeciw drugiej, i obie groźne, pomrukujące gniewnie, niby dwa niedźwiedzie do walki idące. Głos ich gruby i gniewny, wzmagał się z każdą chwilą, potęgował — a kiedy przyskoczyły do siebie, kiedy się błyskawicami gryźć poczęły, to ryknęły tak strasznie, że aż lasy echem przerażone, zadrgały... I zrobiło się piekło na ziemi, potop wody i potop błyskawic; zwalił się dąb prastary na połowę przez piorun rozdarty, zakotłowała woda w jeziorze, zwierz dziki drżał w legowisku, lub w jamie, ptak odezwać się nie śmiał; a człowiek, bezsilność swoją widząc, ku niebu ręce wyciągał, pomocy ztamtąd wzywając...
    W chwili, kiedy burza szalała najstraszniej, kiedy drzewa gięły się i łamały pod potężnym wichru naporem, przez las, gościńcem, posu-