Strona:Klemens Junosza - Z Warszawy.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

dla pani nie będzie jak Andrzej, to znawca; toż to cywilista doświadczony, a w najbardziej zaszarganej hypotece widzi wszystko, jak w szklance.
— Jak kolego?
— Jak w szklance.
— Ślicznie powiedziane i obrazowo — a cóż ona na to?
— Powiadam ci, usta otworzyła, klasnęła w dłonie i mówi: takiego mi właśnie potrzeba, o takim marzyłam od śmierci nieboszczyka, który poczciwy był człowiek, ale w gruncie rzeczy gamoń. Ma się rozumieć, podbijałem jejmości bębenek i wychwalając jeszcze lepiej twoje prawne zdolności i znajomość kodeksu, w czem zresztą nie przesadziłem ani troszeczkę.
— Pochlebca z kolegi.
— O, co nie, to nie, mój panie — ale zawsze za sprawiedliwością — i teraz mówię, mój Jędrusiu, jeżeli nie skorzystasz ze sposobności i nie ożenisz się, to bez żadnego komplementu powiem ci, żeś hebes.
— Ale widzisz...
— Nic nie widzę, czegóż chcesz?
— Ja się małżeństwa tego boję.
— Boisz się?
— Tak.
— Ty się boisz, ty, człowiek ustalonych prze-