Strona:Klemens Junosza - Władcy cekinów.djvu/4

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Ali siedział po zamaczanie brody — Mustafa po przepasanie bioder.
Długo tłumiona nienawiść wybuchnęła teraz z wściekłością wichrów pustyni. Po nad kanałem rozlegał się krzyk straszny, niby wrzask wojenny koczujących turkomanów. Ali chciał rządzić kanałem — Mustafa żądał tego samego. Niewolnicy Alego chcieli zagłuszyć Mustafę, niewolnicy Mustafy chcieli ogłuszyć Alego z niewolnikami.
Nad brzegami kanału stanęli karawaniarze z Anatolji i pasterze kóz z Tybetu. Tłumy robotników spieszyły ku kanałowi, kupcy pędzili stada tuczonych byków i opasłych baranów. Piękne szlafroki z Ispahanu i cudowne wzorzyste tkaniny z Schiraz leżały owinięte w liście. Beczki oliwy toczyły się nad kanał, na skrzypiących wozach zwożono daktyle i jęczmień.
Ale nad kanałem lud płakał bo nie było przystępu do brzegów. Ali bryzgał w oczy Mustafie, Mustafa zalewał Alego.
I patrzył lud zdumiony na walkę dwóch mocarzy, i zmęczony trudami drogi, rozbił namioty w polu, zapalił szerokie ognisko i czekał.
A kiedy używali przymusowego kiejfu, wtenczas stary poeta Ali-Baba wziął cytrę i usiadłszy na kamieniu, nucił drżącym głosem starą pieśń perską o walce dwóch lisów.
Lud słuchał pieśniarza, rzucał mu w turban cekiny... i czekał.
A Mustafa nie mógł pokonać Alego, ani Ali nie zdołał zgnębić Mustafy.
A stary wieszcz, który przyszłość z gwiazd wróży nie chciał nic ludziom powiedzieć.