Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/272

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


co prędzej w głąb lasu, aby się położyć w spokojnem miejscu i spać.
To rozumowanie uspokoiło Jankla zupełnie; splunął trzykrotnie i więcej o wilku nie myślał.
Głównym przedmiotem, zajmującym jego umysł w tej chwili, było cielę. Kupił je wczorajszego dnia od chłopa z wielkim targiem za dwa ruble w gotowiźnie i za kilka miarek wódki w naturze. Kupił je niedrogo i mógł liczyć na pewno, że zyska na niem przynajmniej półtora rubla, jeżeli nie całe dwa — i trzeba nieszczęścia, żeby akurat była dnia tego burza, żeby obaliła drzewo na drodze, napełniła wodą rów zazwyczaj suchy i przyczyniła się do ucieczki cielęcia!
Jankiel miewał już w życiu swojem różne wydarzenia i przygody, nawet bardzo szczególne i nadzwyczajne; niewypłacalny dłużnik mu uciekł i wyemigrował do Ameryki — ale żeby cielę dobrze związane uciekło z biedki, to się jeszcze Janklowi nigdy nie zdarzyło. Gdyby wreszcie taka przygoda stała się w zwykłym czasie, to byłoby pół biedy, ale przed jarmarkiem, przed takim znacznym jarmarkiem, to jest po prostu nieszczęście...
Doprawdy, niema na świecie nic tak zawodnego i ryzykownego, jak handel, zwłaszcza wiejski... Ci wielcy kupcy, którzy siedzą przy wygodnych biurkach i sprowadzanie towarów z za morza uskuteczniają przez korespondencyę, nie mogą mieć wyobrażenia, z jakim wielkim nieraz kłopotem i ambarasem połączone jest nabycie marnej gęsi, lub kury. Oni się znają na handlu, jak koza na pieprzu! Jankiel się zna.